Co mnie wkurza. Między innymi.
Wkurza mnie jak sobie pomyślę o wychowywaniu dziecka w tym kraju. Na szczęście nie mojego. Ja wysiadłem już na przystanku “rozwód wkrótce po ślubie” i ponawiać próby nie zamierzam. Częściowo jest to spowodowane po prostu faktem, iż świat i tak ma do zaoferowania dużo więcej niż będę w stanie doświadczyć w ciągu swojego życia, a czas poświęcony na wychowanie dzieci jeszcze bardziej ograniczyłby moje możliwości. Ale też swój wpływ na moją decyzję miały takie rzeczy jak… Poniżej postaram się opisać, o co mi chodzi. Opis będzie rzecz jasna trochę przerysowany, żeby zaznaczyć tragikomiczność sytuacji, ale poszczególne jego punkty co i rusz wyskakują jak diabeł z pudełka w życiu moim, moich znajomych, oraz przynajmniej w paru przypadkach, o których słyszałem.
Problemy zaczynają się jeszcze na długo przed urodzeniem bachorka. Otóż widok człowieka w wieku 25-30 lat, rozpoczynającego karierę i mającego już stałego partnera płci przeciwnej rodzi w umysłach wielu osób ze starszego pokolenia bardzo silne skojarzenia ze słowami “ślub” i “dziecko”. Ktoś taki powinien przecież wziąć już ślub. A jeśli ślub, to przecież po to, żeby mieć dziecko. Albo w drugą stronę – ktoś taki powinien już myślec o dzieciach. A żeby mógł myśleć o dzieciach, musi wziąć ślub. A skoro jedno z drugim jest nierozerwalnie związane, starsze pokolenie zaczyna powoli acz metodycznie napierać: “Powinniście wziąć ślub. Powinniście mieć dziecko. Jak to dziecko bez ślubu?! Oczywiście, że musi być ślub!”. I to najlepiej od razu kościelny, jak Bozia przykazała, tylko ze skrzyżowanymi za plecami palcami w momencie gdy się obiecuje, że dzieciak będzie wychowany po katolicku. Wymuszone dawanie słowa, co do którego już z góry wiadomo, że zostanie w przyszłości złamane. Ostatecznie można się wykręcić samym ślubem cywilnym, ale trzeba być przygotowanym, że pózniej przy każdej okazji mamusia z teściową będą przypominać, jaka to im sie krzywda dzieje, że ich dzieci żyją w grzechu.
Jedziemy dalej. Dzieciak się urodził. Co teraz? No, oczywiście czas na chrzest… Co? Jak to: “nie będzie chrztu”?! Chcecie dziecko na wieczne potępienie skazać? Że wy idziecie prostą drogą do piekła, to przynajmniej to niewinne niczemu dzieciątko za sobą nie ciągnijcie! Serca nie macie! A jak będzie miało na imię, jak chrztu nie będzie, ha? I co sobie sąsiedzi pomyślą?! Całe miasto będzie nas obgadywać!
Tu jest chyba gorzej nawet niż ze ślubem. Na nic się nie zda tłumaczenie, że lepiej będzie poczekać, aż dziecko dorośnie i samo sobie będzie mogło wybrać w co wierzy, a tymczasem rodzice postarają się nauczyć je ogólnie przyjętej uczciwości, uprzejmości, tolerancji i szacunku dla innych ludzi. Ma być chrzest, oraz przyjęcie z okazji chrztu, na które należy zaprosić wszystkie ciotki i wujków, zrobić wielką wyżerkę i chwalić się niemowlakiem na prawo i lewo.
Dziecko rośnie. Czas wysłać je do przedszkola… No więc nie. Miejsc w przedszkolach nie ma, chyba że decydujemy się płacić jakieś kosmiczne sumy, albo nie obchodzi nas, czy nasza Przyszlość Narodu dostanie jeść, albo czy ktos zaprowadzi małego do łazienki. Bez względu na wyniki wyborów nasza władza w tej dziedzinie prezentuje ciągle tę samą strategię – troszczy się co prawda o wskaźnik urodzeń, zabraniając aborcji i ucząc w szkołach bzdur zamiast edukacji seksualnej, ale takie szczegóły jak problem pogodzenia opieki nad malcem z życiem w XXI wieku już jej nie obchodzą.
Ewentualnie można codziennie rano i po południu jeździc na drugi koniec miasta, albo wręcz do innego miasta, do jedynego w okolicy dobrego przedszkola, w którym miejsce się znalazło. Bez samochodu i sporych wydatków na benzynę się w takim wypadku nie obędzie.
Szkoła podstawowa i znowu problem natury religijno-kulturalnej. W teorii szkoła ma obowiązek umieszczać lekcje religii na początku, bądź na końcu zajęć. W praktyce wszyscy olewają to sikiem parabolicznym i rozkład lekcji jest tak, jak pasuje katechetom. Co to znacza dla dziecka, którego rodzice co prawda lubią opowiadać małemu bajki, ale nie zgadzają się, żeby ktokolwiek wciskał mu, że te bajki są prawdą? Oznacza, że rzeczony dzieciak musi przesiedzieć tę godzinę w bibliotece, albo w jakimś innym pokoiku, gdzie nie ma absolutnie nic do roboty (bo, nie oszukujmy się, czytanie lektur szkolnych jest jeszcze gorsze, niż nic nie robienie). Miały być lekcje etyki. W praktyce takie zajęcia zostały wprowadzone w zaledwie kilkuset szkołach w całej Polsce. Zazwyczaj się to nie opłaca, bo większość rodziców wiedziona owczym pędem przystaje na uczęszczanie dziecka na religię, nawet jeśli sami nie są wierzący. I uczniów, których rodzice chcieliby wysylać na etykć zostaje może 2-3%, w związku z czym można ich bez problemu zaokrąglić do zera – więc po co wydawać kasę na kolejny etat nauczycielski?
W trakcie gdy dziecko uczy się pić i palić… eee, przepraszam, uczy się o urodzonym w żłobie Jezusku, następuje największa w jego dotychczasowym życiu rewia mody i cateringu, którą przebije dopiero ślub kościelny: vanity fair dla mas, Pierwsza Komunia. Wydatek od 1500 do 5000 PLN, zależnie od tego jak bardzo chcemy się pokazać w lokalnej społeczności. Dziecko trzeba ubrać, kupić odpowiednio kosztowny prezent, żeby uniknęło ostracyzmu wśród rówieśników, zawieźć do kościoła jakimś ładnym samochodem i coś tam sypnąć na tacę. A pózniej do domu, na przyjęcie, gdzie znowu ciotki i wujkowie będą przejadali naszą miesięczną pensję. Wyłamanie się ze schematu oznacza dla nas kilka tygodni, lub nawet miesięcy plotek i spojrzenia za naszymi plecami – niby nic, a jednak jakoś tak niefajnie. Gorzej dla dziecka. Marna szansa, żeby w tym wieku zrozumiało, czemu rodzice pozbawiają je możliwości zaszpanowania przed kolegami i koleżankami – i czemu nie dostało tej masy prezentów, którymi chwalą się rowieśnicy. I to podobno ateiści gonią za uciechami tego świata.
Historia z Pierwszą Komunią ma swój sequel w postaci bierzmowania. Impreza jest już skromniejsza, a dziecko większe i mniej skłonne do współpracy. A i my jesteśmy już trochę bardziej zmęczeni tym wszystkim.
Potem zostaje nam już tylko czekać. Pewnego dnia nasza pociecha przyprowadzi nam do domu pociechę jakiejś innej pary rodziców i oznajmi, że się pobierają. Nastąpi zapoznanie się z drugą parą rodziców i jeśli będziemy mieli szczęście, okażą się oni ludźmi o poglądach podobnych do naszych i podobnej historii użerania się z tradycją. Wtedy w porządku – jeśli dzieci rownież podzielają nasze poglądy, ślub będzie tylko cywilny, a wychowanie kolejnego pokolenia przebiegnie już trochę łatwiej, bo przynajmniej rodzice i teściowie nie będą się aż tak bardzo wtrącać. Jeśli dzieci w ramach młodzieńczego buntu nawróciły się na katolicyzm, to trudno. Przynajmniej użerać się z tradycją nie będą, tylko ją zaakceptują. Najgorzej, jeśli druga para rodziców to zatwardziali katolicy, a dzieci – nie. Wtedy cała historia powtórzy się na nowo.