Coś z morzem
Że Jóźwa wyszedł z domu pierwsza zobaczyła babcia Cebulkowa. Starowinka, ósmy krzyżyk na karku, całe dnie spędzała w swoim oknie z widokiem na drogę, z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy odnotowując turystów, obmacujące się w krzakach pary, bójki przed wejściem do baru, który ku jej wielkiej uciesze wybudowali zeszłego roku po drugiej stronie ulicy, oraz pijanych w sztok chłopów, wracających z owego baru do domów.
Tako i zobaczyła Jóźwę jak ten szedł ulicą. Zobaczyła i wnet poleciała z tą wieścią do swojej najlepszej przyjaciółki i sąsiadki, sześćdziesięcioletniej pani Krzyny-Bułecki.
— No ale jak to to, dokąd poszedł? — zrobiła wielkie oczy najlepsza przyjaciółka i sąsiadka.
— Do sklepu poszedł. — odparła fachowo pani Cebulkowa, której żaden szczegół nie mógł umknąć.
— Ale po co?
— To nie wiem, przecie do cię od razu przyleciałam. A ważne to, po co?
Pani Krzyna siorbnęła herbaty ze szklanki w blaszanym koszyczku, których to komplet odziedziczyła jeszcze po matce, świeć Panie nad jej duszą. Spojrzała w fusy. Zadumała się.
— Co tak myślisz? — zdenerwowała się Cebulkowa.
— Musimy się dowiedzieć więcej. — odezwała się w końcu Krzyna-Bułecka tonem nie znoszącym sprzeciwu.— Przeca odkąd na jesieni Jóźwie żona uciekła do Krakowa z jakimś gitarzystą, to on nigdzie nie wychodzi. Tyle co do sławojki. Córka mu co czwartek przyjeżdża, duże zakupy robi, dobra dziewczyna choć podobno do kościoła nie chodzi, a Jóźwa to tylko siedzi i siedzi w tej swojej chałupie. Ani widu ani słychu co tam się dzieje.
— Prawda, prawda. — Cebulkowa pokiwała głową. — Okna ma zasłonięte. Nic nie widać. Raz to tak się wychyliłam, że kwiatka strąciłam z parapetu i doniczka się zbiła. A i tak nic nie zobaczyłam.
— No właśnie. — potwierdziła Krzyna-Bułecka. — Stary! Rusz się! Idź do Jóźwy, spytaj co tam u niego!
Pan Bułecka do tej pory siedział spokojnie na kanapie, z piwem w jednej ręce i pilotem do telewizora w drugiej, jak Pan Bóg przykazał w sobotnie popołudnie. Oglądał biegi narciarskie i miał cichą nadzieję, że obradujące przy stole kobiety nic od niego nie będą chciały. Teraz wzdrygnął się lekko na dźwięk zawołania, ale opanował odruch i udał, że nic nie słyszał. Może przeskoczą na inny temat i zapomną. Może dadzą spokój.
— Stary! — żona zdecydowała się nie dać spokoju.
— Czego, no? Telewizor oglądam.
— Idźże do Jóźwy, mówię! Do sklepu szedł, to pewnie już wrócił! Idźże się dowiedzieć po co poszedł!
— To już iść człowiekowi do sklepu nie wolno?
— A co jak on, jak on… — wtrąciła Cebulkowa, unosząc w górę poskręcany ze starości palec. — A co jak on po pigułki jakie poszedł? Jak się zabić chce? Nic nie robi, siedzi w domu, a tu nagle jak do sklepa nie wyskoczy! To może być ta, no, coś z morzem, depresja!
Pani Krzyna znowu siorbnęła herbaty.
— Stary, idźże do Jóźwy i pogadaj z nim. Bo inaczej obiadu nie będzie. — zagroziła.
To przeważyło. Pan Bułecka zwlekł się z kanapy, rzucił Justynie Kowalczyk tęskne, pożegnalne spojrzenie, i poszedł na ganek wkładać walonki. Jakby nie było, kolejność w dwuczłonowym nazwisku jego żony wyraźnie mówiła, kto jest głową tej rodziny.
Jóźwa odśnieżał. Stał na podwórku w żołnierskich butach, starych spodniach z radzieckiego demobilu, brązowym swetrze w paski i czapce-uchatce, i machał zawzięcie łopatą. Odśnieżył już ścieżkę od drzwi domu do furtki, odśnieżył bramę, a teraz brał się za garaż. Bułecka stanął metr od niego, żeby nie dostać zmrożonym śniegiem po kurtce, i zagadywał. Jóźwa odburkiwał.
— A jak córka? — zagadnął Bułecka.
— Dobrze. — odburknął Jóźwa.
— W ten czwartek sama przyjechała, a wcześniej zawsze z mężem. Stało się coś? Wszystko u niego w porządku?
— W porządku.
Bułecka odchrząknął i splunął gęstą śliną. Jóźwa machnął łopatą. Kupa śniegu przykryła plwociny.
— Nie trzeba ci czasem w domu pomóc?
— Ni.
— Zakupy zrobić? Znaczy się, coś czego córka nie przywozi?
— Ni.
— To może czasem choć na piwo pójdziemy?
— Ni. — tym razem Jóźwa przestał machać łopatą. Wbił ją w śnieg, oparł się o trzonek i spojrzał na Bułeckę spod krzaczastych brwi. – Ni. Nie trza. Mam co robić.
Bułecka podrapał się po nieogolonym policzku. No nic, chyba jednak będzie trzeba o to spytać. Żona by go potem ze skóry obdarła, gdyby nie spytał.
— A w zasadzie to co ty tam w domu robisz całymi dniami?
Jóźwa zaburczał coś niewyraźnie. Chwycił mocniej łopatę, wyciągnął ją ze śniegu.
— Grom. — mruknął i wrócił do odśnieżania.
— O, grasz? — Bułecka uśmiechnął się szeroko. A więc jednak nie była to żadna morska depresja. — To dobrze! Bardzo dobrze! Ty nawet nie wiesz, Jóźwa, jak to dobrze. A na czym grasz?
Jóźwa znów mruknął coś niewyraźnie, zajęty rozbijaniem zamarzniętej grudy śniegu i starej trawy.
— Aaa… — Bułecka pokiwał głową. — To tak jak mój wnuk. Też gra. Do akademiji muzycznej się dostał, wiesz? Mówiłem na pewno. Narzeczoną se tam znalazł. Ładna dziewka, jak z obrazka. Też gra. Podobno zespół będą zakładać.
Zamilkł na chwilę, oczekując komentarza. Ale komentarz nie nadszedł. Za to zabrzęczały klucze, gdy gospodarz otwierał garaż, by wstawił łopatę z powrotem do środka.
— Ty, Jóźwa, a po co ty tak odśnieżasz? Wyjeżdżać gdzieś będziesz?
— Ni.
— To po co? W taki ziąb to nie lepiej dalej siedzieć w domu i grać?
Zawiasy zazgrzytały, gdy Jóźwa zamykał garaż. Przekręcił klucz, odwrócił się do Bułecki i rozłożył ręce.
— Przecie mówie, że grom. Tylko tera patch mi sie wielki ścionga. To pomyślał żem, że sie czym zajme.