Archiwum

Archiwum kategorii ‘_ inne’

Moim kolorem będzie czerwień

12 Maj 2012 Dodaj komentarz

Puff puff :)

Skończyłem pierwszą wersję tłumaczenia “Moim kolorem będzie czerwień” na angielski. “Mkbc” to taka moja wersja Czerwonego Kapturka. Napisałem to opowiadanie kilka lat temu, a teraz, przy okazji tłumaczenia, wyczyściłem, wypolerowałem, pozmieniałem trochę i (przynajmniej w swojej głowie) osadziłem w ramach większej, jeszcze nienapisanej fabuły.

Tłumaczenie pójdzie teraz do mojej supermądrej dziewczyny do sprawdzenia, a potem jeszcze do nejtiw spikera. A potem zrobię e-publishing, zbiorę masę pieniędzy i będę mógł napisać resztę historii :)

Poniżej polska wersja. Za darmo. Promocja. Czytajcie póki możecie :D

https://docs.google.com/open?id=0B4HWDBpA0XFST2MwWGZJM3A2a1E

Półmaraton Warszawski, 25 marca 2012

26 Marzec 2012 Dodaj komentarz

Przebiegłem :)

Mój czas – 2:18:38 – co prawda nie powala, ale też bieganie nie jest moim ulubionym sportem i już sam fakt, że udało mi się przeczłapać te 21km wydaje mi się wystarczającym osiągnięciem :)

Moje wyniki zapisane na RunKeeperze. (mapkę musiałem narysować sobie sam, dlatego dystans trochę się nie zgadza)

A tu link do oficjalnej strony Półmaratonu.

Byłem chyba jedyną osobą, która zdecydowała się biec w butach Vibram FiveFingers. Sprawdziły się całkiem nieźle. Biega się w nich trochę inaczej niż w zwykłych butach: trzeba uderzać o ziemię śródstopiem, a nie piętą i w związku z tym trzeba biec bardziej pochylonym do przodu. Trochę jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tej techniki i pod koniec biegu, gdy byłem już zmęczony, po prostu starałem się dotrzeć do mety w jakikolwiek sposób. Ale dla mnie nie jest to wada, tylko dodatkowy powód, by dalej biegać. Nauczyć się czegoś nowego, poprawić swoje wyniki i mieć z tego frajdę :)

Coś z morzem

10 Grudzień 2011 Dodaj komentarz

Że Jóźwa wyszedł z domu pierwsza zobaczyła babcia Cebulkowa. Starowinka, ósmy krzyżyk na karku, całe dnie spędzała w swoim oknie z widokiem na drogę, z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy odnotowując turystów, obmacujące się w krzakach pary, bójki przed wejściem do baru, który ku jej wielkiej uciesze wybudowali zeszłego roku po drugiej stronie ulicy, oraz pijanych w sztok chłopów, wracających z owego baru do domów.

Czytaj dalej…

Kategorie:_ inne Tagi: ,

Rugby World Cup 2011

24 Październik 2011 Dodaj komentarz

Zainteresowałem się rugby zaledwie kilka miesięcy temu po obejrzeniu “Invictus” – filmu o mistrzostwach świata w 1995 roku, kiedy to do tej pory podzielona rasowo Republika Południowej Afryki (rugby była grą białych – czarni grali w piłkę nożną), z trudem próbująca wymazać apartheid ze społeczeństwa, zjednoczyła się w kibicowaniu swojej drużynie. Po obejrzeniu tego filmu postanowiłem poznać trochę lepiej zasady, obejrzałem kilka meczów, a następnie dowiedziałem się, że we wrześniu i październiku będą kolejne mistrzostwa świata, tym razem na Nowej Zelandii. Dowiedziałem się też, że na Nowej Zelandii rugby to sport narodowy, ich drużyna jest już od dawna pierwsza w światowym rankingu, a mimo to od 1987 roku nie byli w stanie zdobyć pucharu. I jeśli tym razem również im się nie uda, prawdopodobnie cały kraj utonie w oceanie.

Rugby World Cup 2011właśnie się zakończył, Nowa Zelandia zdobyła złoto, all is right with the world. Kibicowałem Francji, głównie ze względu na to, że uczę się francuskiego, ale też dlatego, że jest to drużyna nieprzewidywalna, która już kilkakrotnie powstrzymała Nową Zelandię na drodze do pucharu po to tylko, by w następnym meczu przegrać sromotnie ze zdawałoby się słabszym przeciwnikiem. Tym razem w finale nie udało im się pokonać All Blacks, jak powszechnie nazywa się drużynę NZ – ale za to najpierw w grupie przegrali z Tonga, niepozorną wysepką na Pacyfiku, by w meczu ćwierćfinałowym rozjechać Anglię, mistrza świata z 2003 roku. Grali bardzo nierówno, ale też bardzo ciekawie, na boisku dużo się działo, a ich kapitan, Thierry Dusautoir, został uznany za najlepszego zawodnika mistrzostw. W efekcie potrafię teraz wymienić więcej francuskich rugbistów, niż polskich piłkarzy :)

Ostatnio w dyskusji na Google+ próbowałem wytłumaczyć zasady rugby w miarę przystępny sposób. Ta gra jest sporo bardziej skomplikowana od piłki nożnej i prawdę mówiąc sam jeszcze nie wszystko rozumiem, ale chyba udało mi się uchwycić najważniejsze rzeczy.

Czytaj dalej…

I would do anything for love…

30 Maj 2011 Dodaj komentarz

Co takiego? Czy Ty wiesz, przez co przeszedłem, żeby zdążyć na to spotkanie? Nie, nie. Nic nie mów. Cicho. Wszystko Ci wyjaśnię.

Właśnie wychodziłem z domu gdy zadzwonił telefon. Jak wiesz, pracuję w CERN. Zaaplikowali moje poprawki do konfiguracji zderzacza hadronów, ale przesadzili  o kilka petawatów, przekroczyli masę Plancka i doprowadzili do powstania czarnej dziury, której nie byli w stanie kontrolować. To była wyższa konieczność, musiałem do nich jechać, a Ty nie odbierałaś telefonu.

Przybyłem na miejsce w ostatniej chwili, gdy pole elektromagnetyczne działało już na rezerwach mocy, a główny koordynator dostawał zawału. Przekonfigurowałem system, wyrzuciłem z pokoju dwóch naszych programistów, którzy nawzajem wpędzali się w histerię i sprawdziłem, czemu zderzacz nie reaguje tak jak powinien. Coś się nie zgadzało w obliczeniach. Wykonałem kilka szybkich testów i odkryłem, że wewnątrz osobliwości nastąpiła zmiana stałej grawitacyjnej. Tam działały inne prawa fizyki! Wyobrażasz sobie, co to znaczy?!

Odwróciłem równania tak, by uzyskać nową wartość dla G, a następnie przekonfigurowałem system jeszcze raz. Udało mi się w ostatniej chwili. Jeszcze kilka sekund i czarna dziura zjadłaby nas razem z kapciami. A zaraz potem resztę planety. A tak skończyło się tylko na odłączeniu połowy Szwajcarii od prądu na resztę dnia.

Wtedy spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, że na nasze spotkanie już za późno. A bardzo, bardzo mi na nim zależało. Więc… więc…

Więc zrobiłem doktorat na Uniwersytecie w Genewie. Ta sprawa ze stałą grawitacyjną nasunęła mi podejrzenia, które po wielu latach eksperymentów okazały się słuszne. Pojechałem do Tokio. Później do Nowego Jorku. Zdobyłem fundusze. Potem wróciłem do CERN i przez dwadzieścia lat pracowałem nad swoim największym projektem – wehikułem czasu.

Ale gdy się w końcu udało, okazało się, że jestem już stary i zmęczony. Lata pracy odbiły się na moim zdrowiu i wyglądzie.

Dlatego kolejne dwadzieścia lat studiowałem biologię i wynalazłem terapię odmładzania komórek, która pozwoliła mi wrócić do mojego wyglądu sprzed lat. I uleczyć raka. Wyniki mojej pracy udostępniłem za darmo w internecie. Cały świat mnie podziwiał.

I wtedy właśnie, u szczytu popularności, gdy mogłem być już pewny nagrody Nobla i miejsca w książkach historii, zdecydowałem się użyć wehikułu czasu, choć wiedziałem, że jest to podróż tylko w jedną stronę. I tak znalazłem się tutaj.

A Ty odwołujesz naszą randkę?!

Kategorie:_ inne Tagi:

Pospisywałem się

1 Kwiecień 2011 Dodaj komentarz

Nic specjalnego.

Nazywam się tak i tak, urodziłem się kiedy się urodziłem i mam to w PESELu, ale na wypadek gdyby mój PESEL był coś nie halo to wpisuję jeszcze raz. Zameldowany jestem na pobyt stały. O, jestem reprezentantem i mój stopień pokrewieństwa z reprezentantem to “reprezentant”! Dobrze wiedzieć. Dalej.

Mam “dochody z pracy na rachunek własny poza rolnictwem”. Ciekawe, że na 15 możliwych odpowiedzi na pytanie o pracę tylko 4 są faktycznie odpowiedziami “tak, pracuję”, a reszta to renty, emerytury, zasiłki, coś tam coś tam. Pff. Dalej.

Rzeczony reprezentant dodatkowych źródeł dochodu nie posiada i zajmuje mieszkanie z tytułu własności. “Z tytułu”? Wiem, że tak się mówi. Ale i tak to głupie.

Do gospodarstwa domowego nie należą osoby, które po 2002 wyjechały za granicę, bo w 2002 gospodarstwo było kawałkiem ugoru. Chociaż kto wie, może jakiś bocian tu mieszkał i po 2002 sobie poleciał.

“Mieszkanie” ma trzy pokoje, aneks kuchenny, łazienkę z wanną lub kabiną prysznicową oraz (nie może być!) kran z ciepłą oraz zimną wodą. Jest podłączone do lokalnej sieci wodociągowej typu studnia i lokalnej sieci kanalizacyjnej typu szambo. Ma też lokalne źródło centralnego ogrzewania typu piec gazowy, który nie jest piecem kafelkowym, kozą, lub innym. Na pytanie o powierzchnię mieszkania odpowiadam “50m2″, bo tak mam w papierach. Ktoś mądry wymyślił, że powierzchnia poddasza użytkowego jest liczona tylko w miejscach gdzie od podłogi do sufitu jest 1,4m, a jeśli od podłogi do sufitu jest pomiędzy 0,7m a 1,4m to powierzchnię dzielimy przez dwa. Balkony i tarasy się nie liczą, jakie by zajebiste i zabudowane nie były. Garaż również nie.

Jako główny środek transportu do pracy podaję “inny”, bo jest to skuter. Często również autobus, od pewnego czasu także rower, ale jak policzyć to wychodzi, że przez ponad pół roku prawie codziennie zasuwam Krakowską na swojej przerośniętej kosiarce. Do pracy mam w zaokrągleniu 25km.

Z powodu trochę niezręcznego sformułowania pytania wygląda na to, że moje kalectwo lub choroba przewlekła nie powoduje u mnie ograniczonej zdolności wykonywania zwykłych czynności.

Ponieważ jako miejsce zamieszkania mam “Marysin”, a nie “Warszawa”, piszę, że przybyłem tu w 2009, a nie dziewięć lat wcześniej.

No ale podałem też, że poprzednio mieszkałem w Warszawie. Czyli niby wszystko ok, tyle tylko, że nie odczułem tej przeprowadzki jako zmiany miejscowości. To było raczej jak przeniesienie się do innej dzielnicy.

Mógłbym wpisać w polu narodowość “wiślańska”, ale chyba byłbym jedyny w Polsce. Ślązacy są. Wpisałbym “śląska”, gdybym urodził się po tej drugiej stronie Brynicy ;)

Ale też odczuwam przynależność do innej wspólnoty etnicznej – europejskiej.

No i jaką by tu wspólnotę religijną wpisać? Nie należę do żadnej z nich, a ta grupa, z którą od biedy się identyfikuję – Ośrodek Misyjny Ho Hakubaji Sangen roshi Marii Monety-Malewskiej – nie występuje na liście. Wybrałem w końcu “Stowarzyszenie Buddyjskie Sangha ‘Kandzeon’ ” Małgorzaty Braunek. Trochę naciągane, ale nie ma lepszego wyjścia. Ciekawe, że nie ma odpowiedzi “ateista”. Jest odpowiedź “nie należę”, co tak naprawdę nic nie oznacza. W ten sposób ateiści i agnostycy pójdą do jednego worka z różnymi domorosłymi filozofami new-age, którzy są zbyt oryginalni, indywidualni i transcendentni, żeby się do jakiejś organizacji zaliczać.

I tyle. Nie bolało.

Kategorie:_ inne Tagi:

Folding@home

21 Styczeń 2011 Dodaj komentarz

… czyli jak możesz naprawdę pomóc (prawie) w ogóle się nie męcząc.

Ostatnio na FB pojawił się łańcuszek zachęcający do pomyślenia o chorych na raka. Lub do modlitwy za nich. Ponieważ moim zdaniem modlitwy nic nie dają, proponuję coś innego:

Folding@home to aplikacja testująca różne kształty białek w poszukiwaniu takich, które mogą pomóc w walce z wieloma chorobami, w tym również z wieloma formami raka. Wystarczy ściągnąć program i uruchomić go, np. zostawiając komputer włączony na noc, a on już sam ściągnie sobie model białka, przeprowadzi symulację i wyśle wyniki na serwer.

Obecnie na świecie, na zwykłych komputerach osobistych, codziennie działa ok. 400000 klientów Folding@home. Razem zapewniają większą moc obliczeniową niż pięć największych superkomputerów, na które wydano miliony dolarów. Rezultaty obliczeń zostały już wykorzystane w szeregu prac naukowych.

Program na PC możesz ściągnąć stąd. Jeśli masz Playstation 3, to Folding@home masz już zainstalowane w usłudze “Life with Playstation”. Musisz tylko połączyć swoją konsolę z internetem i do dzieła :) Poczytać coś więcej na polskiej Wikipedii, lub na angielskiej.

… A do tego Folding@home to zajebisty screensaver :D

 

Znamy się mało…

22 Październik 2009 4 uwag

Hola and bonjour :)

Witam nowych czytelników, jak również tych, którzy z nudów przeklikali się na początek tego bloga. W chwili gdy piszę te słowa jest to co prawda jeszcze niemożliwe (w gruncie rzeczy blog jeszcze nie istnieje, a ja siedzę w Coffeeheaven i staram się zmusić OpenOffice na moim netbooku do współpracy), ale wychodzę z optymistycznego założenia, że już wkrótce moje notki zajmą więcej niż jedną stronę WordPressa.

Blog ten założyłem, oraz nadałem mu taką nazwę, jaką nadałem, z dwóch powodów, które już śpieszę wyjaśnić:

Po pierwsze, bo tak :) Otóż, dawno dawno temu pisałem magisterkę. Mniej-więcej w połowie pracy nad nią stwierdziłem, że warto być może założyć anglojęzycznego (magisterkę pisałem w tymże języku) bloga, by prowadzić na nim dziennik postępów mojej pracy, motywować się, oraz być może zainteresować tym jakiegoś native speaker’a i namówić go do sprawdzenia za friko moich wypocin pod względem gramatyki i słownictwa. Do tego celu wybrałem serwis LiveJournal.com, w owych czasach całkiem nowatorski i modny. LiveJournal, w skrócie LJ, wymagał nazwy użytkownika pisanej małymi literami i bez spacji – i oczywiście wszystkie krótkie tytuły były już zajęte. Nie chciałem nazwać swojego bloga pracamgr123 ani dupa666, i na szczęście nie musiałem. Moja praca magisterska dotyczyła z sieci neuronowych i ich wykorzystania do kontrolowania autonomicznych jednostek podejmujących decyzje, czyli tak zwanych agentów. Wystarczyło pomyśleć nad tym chwilę po piwku, albo dwóch, aby wybór nazwy dla bloga był oczywisty. Powstał makingthematrix.livejournal.com i tak już zostało.
O dziwo, wszystkie moje plany zostały uwieńczone sukcesem: magisterkę napisałem, obroniłem (choć wymagało to trochę stawania na głowie – może innym razem o tym opowiem), a blog zaczął żyć własnym życiem. I pączkować. Obecnie z nicka makingthematrix korzystam wszędzie, gdzie w innych sytuacjach przy zakładaniu konta zmuszony byłbym korzystać z cyferków (nawiasem mówiąc, username dupa666 najczęściej i tak jest zajęty).
Teraz więc, gdy zdecydowałem się założyć polskojęzycznego bloga, stwierdziłem, że nie ma sensu kombinować z nową nazwą.

Drugi powód jest równie banalny. Mieszkam kilkanaście kilometrów za Warszawą. Nie mam samochodu. Od marca do października dojeżdżam do pracy skuterem. Jest to wspaniała chińska maszyna, dostarczająca mi codziennej dawki adrenaliny, jeśli tylko warunki pogodowe na to pozwalają. Jednakże gdzieś w  połowie jesieni  nadchodzi taki moment, że przestają pozwalać, a przynajmniej ja mam już dość jeżdżenia po ciemku po mokrych, dziurawych drogach, i na kilka miesięcy przesiadam się do autobusów. Droga do pracy wydłuża się znacznie, poziom adrenaliny spada, ale za to mam czas na nadrabianie zaległości w lekturze i – jak to właśnie postanowiłem – pisania bloga.
Blog ten będzie koncentrował się głównie na dwóch moich największych pasjach: sztukach walki, ze szczególnym naciskiem na aikido, oraz co mniej konwencjonalnych metodach sztucznej inteligencji. A że szczęśliwym zbiegiem okoliczności są to również dwa główne motywy filmu The Matrix, to przy okazji nazwa bloga znajduje pewne uzasadnienie :)
Zdaję sobie sprawę, że o jednym i drugim dość trudno jest pisać. Książki o aikido zazwyczaj zaczynają się od teoretycznego i historycznego wstępu, ale ich główna część to zdjęcia i szkice. Jedna chyba tylko pozycja, „Aikido i dynamiczna sfera” Adele Westbrook i Oscara Ratti odchodzi od tego schematu, ale jej akurat nie lubię – jest zbyt wydumana jak na mój gust. Wolę bardziej praktyczne podejście. Dlatego w swoich notkach na temat aikido będę wspomagał się filmami z youtube, starając się komentować je w przejrzysty sposób. Inspiracji, mam nadzieję, będą dostarczać mi treningi.
Z pisaniem o sztucznej inteligencji sprawa jest trochę inna. Materiałów na ten temat jest dużo, ale najczęściej jest to literatura fachowa, skierowana do czytelnika o solidnych podstawach naukowych, a i też nierzadko są to artykuły pisane tylko po to, by autor poprawił swoje statystyki publikacji i późniejszych cytowań i w związku z tym przejrzystość tekstu pozostawia dużo do życzenia. Artykułów popularno-naukowych, pisanych przez entuzjastów, bądź naukowców, chcących przybliżyć temat laikom, ale też bez zbytniego upraszczania, jest już mniej. No, zobaczymy, może uda mi się trochę zwiększyć ilość tekstów tego drugiego typu.

Wpisy postaram się zamieszczać… hmmm… postaram się, aby co najmniej raz na dwa tygodnie coś się tutaj pojawiało. Jednakże wolę dłuższe, dobrze przemyślane teksty, i możliwe że czasami po prostu nie zdążę. Oczywiście może się też okazać, że napiszę kilka ambitnych zapowiedzi, a następnie stwierdzę, że już mi się nie chce i żadna więcej notka nie powstanie.

I tym optymistycznym akcentem – do napisania.

Kategorie:_ inne Tagi:

O mnie

16 Wrzesień 2009 Dodaj komentarz

Jak to było…

Buddysta, liberał i brudna kapitalistyczna świnia. Skończyłem informatykę w języku angielskim na Politechnice Warszawskiej, wydział MiNI. Obecnie administruję Jirą, systemem raportowania błędów i śledzenia zmian w kodzie źródłowym. Dawno, dawno temu tłumaczyłem z angielskiego książkę do Javy, a trochę mniej dawno temu pisałem do Software Developer’s Journal (podsumowanie mojej pracy magisterskiej o sieciach neuronowych, oraz krótki tekst o algorytmach generowania terenu) i do nieistniejącego już magazynu wschodnich sztuk walki, Budojo (kenjutsu w mandze i anime, bushido, takie tam).
Aikido, jeśli nie liczyć przerw, trenuję siódmy rok. Dotarłem do 1 kyu i na razie starczy.

Gram w Go na www.gokgs.com (nick: Samchan), uczę się francuskiego, oraz rozbijam się rowerem po warszawskich drogach. W związku z tym ostatnim moja kariera blogerska może w pewnym momencie zakończyć się gwałtownie ;)

Kategorie:_ inne

Umów się ze mną… pretentious

25 Sierpień 2009 Dodaj komentarz

Umów się ze mną, tak na pół serio
Będziemy my, lecz nie będzie nas
Siedząc naprzeciw w jakiejś kafeterii
Wspólnie spróbujemy zamordować czas

Umów się ze mną, niezobowiązująco
Będziemy tylko patrzeć sobie w oczy
Ty będziesz sobą, ja będę sobą,
(Spróbuję jednak być bardziej uroczy)

Umów się ze mną, nieoficjalnie
I tak w żadną miłość nikt nie uwierzy
Dla siebie tu przyszłaś, bo przecież nie dla mnie
Dziś wieczór nie bądźmy wobec siebie szczerzy

A gdy już wrócimy do domów wstawieni
Myśląc o naszej popsutej przyjaźni
Umów się ze mną, tym razem naprawdę,
Nie tylko w mojej wyobraźni.

Samuel, dzisiaj.

Kategorie:_ inne